FRAGMENT 1

Ogień artyleryjski ustał jak ucięty nożem, ale w tę lukę natychmiast wdarł się ostrzał z broni maszynowej, prowadzony z domów usytuowanych przy ulicy Smolnej i w Alejach Jerozolimskich.

Załoga barykady opuściła względnie bezpieczny okop i zajęła stanowiska bojowe. Ulokowałem się z prawej strony, przy strzelnicy znajdującej się jakieś dwa metry nad ziemią, niedaleko wierzchołka barykady.

Szmer poszedł wśród obrońców.

Jednocześnie poprzez strzelaninę i warkot silników dosłyszałem gwar głosów ludzkich. A właściwie nie gwar, ale lament.

Kobiece głosy.

Wyjrzałem przez ambrazurę i zamarłem. Z głębi Nowego Światu parła stalowa armada poprzedzona wałem złożonym z kobiet i dzieci. Co najmniej pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt osób biegło tuż przed czołowymi pojazdami, krzycząc wniebogłosy i unosząc ręce. Była to żywa zasłona mająca na celu ochronę czołgów przed ostrzałem.

Kobiety były w różnym wieku. Te młodsze trzymały za ręce lub tuliły w ramionach dzieci, pośród których nie brakowało dwu- i trzyletnich malców. Na większości małych i dużych twarzy dostrzegłem łzy. Dzieci potykały się i były czym prędzej podnoszone przez przerażone matki, które, słysząc tuż za plecami klekot gąsienic pięćdziesięciotonowych kolosów, jedyny, choć nader względny ratunek upatrywały w szaleńczym biegu wprost pod nasze lufy.

Czytałem o tym kiedyś i przyznam - nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, choć nie narzekam na brak wyobraźni. Ręce zaczęły mi drżeć jak w napadzie febry, żołądek przeciskał się przez gardło. Lodowaty pot ciurkiem spływał wzdłuż kręgosłupa.

Dylemat był następujący: jeżeli otworzymy ogień, zmasakrujemy kilkadziesiąt cywilnych osób, Polki i Polaków, naszą krew z krwi; jeżeli tego nie zrobimy, Niemcy zdobędą barykadę, wedrą się na plac Trzech Krzyży , po czym posuwając się dalej, odbiją dzielnicę policyjną. Cały wczorajszy i nocny wysiłek pójdzie na marne, plan polegający na oczyszczaniu z nieprzyjaciela kolejnych strategicznych rejonów weźmie w łeb.

Klęczący obok mnie żołnierzyk, może szesnastoletni, w niemieckim hełmie opadającym na oczy, odstawił mauzera, przeżegnał się, po czym zwymiotował głośno, zarówno przed, jak i po tej operacji kolorem twarzy przypominając śnieżnobiałą elewację kamienicy po prawej.

Spojrzał na mnie zawstydzony, nie wiedząc, że z największą chęcią poszedłbym w jego ślady.

- Ogień na mój rozkaz – usłyszałem za plecami.